szablon na bloga do pobrania
| < Maj 2012 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
O autorze
Zakładki:
Skopiuj CSS
Kategorie: Wszystkie | Kategoria 1 | Kategoria 2 | Kategoria 3
RSS
czwartek, 03 czerwca 2010

Jesli kopiujesz mój szablon, pozostaw swój slad w komentarzu. Odwiedzę Cię.

SZABLON PRZYSTOSOWANY DO ZMIAN W BLOXIE. PROSZĘ O WŁĄCZENIE OPTYMALIZACJI BLOGA: WYGLĄD/POZOSTAŁE/OPTYMALIZACJA POD WYSZUKIWARKI I TU PROSZĘ ZAZNACZYĆ 'TAK'.

 

Dziękuję i życzę miłego blogowania :-)

19:58, madziaaa26
Link Komentarze (1) »

hbjhb

 

" Za siedmioma górami, za siedmioma lasami, za morzem przeogromnym (a może to jest nawet ocean), za rwącą rzeką, której szalony nurt zeszłej jesieni porwał, a następnie cisnął o skały autokar z grupą japońskich turystów, właśnie tam (bo na pewno nie u nas, o tym zapewniam, bijąc się z całych sił w pierś) leży zaciszne miasteczko, które niczym specjalnym się nie wyróżnia w peletonie podobnych mu mieścin, poza jednym istotnym szczegółem – można powiedzieć: pieprzykiem na gładkim, lustru podobnym licu – od wielu miesięcy nikt tu nie umarł (naturalnie, jeśli nie liczyć owych nieszczęsnych turystów z Kraju Kwitnącej Wiśni). Wbrew pozorom to nie jest miłe i radosne miasto, a gdzieżby!

Strach gości w oczach jego mieszkańców, jakby się w nich zadomowił na dobre, rozpakował walizki i rozwalił na najwygodniejszym łóżku; można wręcz pomyśleć, że ich rozszerzone źrenice to naturalne miejsce spoczynku dla wszelkich stresów i lęków, zwłaszcza egzystencjalnych. Ludzie boją się po prostu umierać, bo ceny za tak zwane ostateczne usługi, narzucone przez administratora miejscowego cmentarza, są tak horrendalne, że obywatelom Odorkowa (bo, wyznajmy, tak zwie się owa mieścina) odeszła wszelka ochota na śmiertelne zejścia.

Mieszkańcy obsesyjnie trzymają się życia – wręcz tak kurczowo, że bieda z kolei zajrzała w oczy nielitościwemu administratorowi, zwanemu też dzierżawcą. Aż się w nim krew gotuje na wolnym ogniu; a gdy jucha podchodzi do głowy, to pięściami wali w stół, jakby rozbijał kotlety na niedzielny obiad, na który zaprosił też księdza proboszcza.

– Kochanie, nie bądź idiotą, zaproponuj jakieś upusty, promocje, może dwa pochówki w cenie jednego, albo za każdego zmarłego, który odejdzie z tego łez padołu w sezonie letnim, ustal zniżkę do trzydziestu procent za tak zwane placowe – sugerowała małżonka, stroskana miną męża.

– Jeszcze czego! – zżymał się dzierżawca. – Nie prowadzę fabryki obuwia, ale przechowalnię piszczeli. To poważniejszy interes od innych, byle łachmyta nie może mnie usunąć z rynku. Nie mam konkurencji, więc w końcu wyjdzie na moje: no bo co zrobią moi krytykanci, jak w końcu jeden z drugim umrze?! A kiedyś wreszcie zdechną, bez obaw, kochanie, nikt nie jest wieczny, czego jak czego, ale tego jestem pewien. Jeszcze się będą prosić, żeby ich pochować w poświęconej ziemi. Zobaczysz, na kolanach przyjdą, z forsą w zębach albo w zaślinionych dziąsłach, jeśli im ze starości trzonowce wypadły!(...)"